Kolejne 17godz w autobusie i jestem na krancu swiata!!! Ushuaia najbardziej na poludnie usytuowane miasto na swiecie wita mnie deszczem i przenikliwym wiatrem od morza! Jedna dziewczyna proponuje mi hostel za jedyne 45Ar$ muwiac ze jest to jedyny otwarty hostel w meiscie, jakos w to nie wierze i postanawiam jak zawsze zrobic to na wlasna reke! Po okolo pol godziny szukania zastanawiam sie czy mam w kieszeni ulotke tegop hostelu... niestety!
Szukam dalej mijam 2 otwarte dosc exkluzywne hotele i trafiam do wysoko polozonego hostelu Freestyle w salonie napotykajac sie na znajomego poznanego w El Calafate! Doba to 55Ar$, przeprowadzajac krutka rozmowe z recepcjonista ktory za wszelka cene prubuje mi wmowic ze jest teraz pusty sezon ze wszystko jest pozamykane i ze to jest jedyny otwarty hostel! Jakbym to juz dzis slyszala. Odpowiadam ze napewno jest jeszcze co najmniej jeden otwarty i wychodze! Teraz naprawde musze cos znalesc bo duma niepozwala mi tam, wrocic. Trzy ulice dalej znajduje przytulny hostel z mila obsluga za 45 i niechce juz dalej szukac! Na dodatek 2giego dnia dostalam znizke na 35 , ot co!!!
Strasznie ciezko jest tu (ameryka poludniowa) otrzymac "prawdziwa" informacje na temat czegokolwiek, kazdy starajac sie wcisnac ci swoj hostel, wycieczke, czy cokolwiek innego poprostu w zywe oczy klamie!
Z czasem staje sie to strasznie meczace! Przypomina mi sie tu Yurimaguas w Peru gdzie probujac sie wydostac z amazoni musialam sporo sie nachodzic zeby znalesc autobus ktory wywiezie mnie do najblizszej cywilizacji! dziwnym trafem wszyscy ludzie ktorych pytalam mieli chyba jakies powiazania z jedna kapania i do niejh mnie wysylalai tylko ze kapania ta miala autobus dop nastepnego dnia wieczorem a ja juz wystarcxzajaco duzo czasu w tej dziuze spedzilam i zalezalo mi na tym by jak najszybciej sie z tamtad wydostac! Okazalo sie ze doslownie 30m dalej znajduje sie 2agencja ktora ma autobus za niecala godz! Informacje ta otrzymalam kupujac u starszej pani swiezo wyciskany sok z dziwnego owocu ktorego nazwy w tym momecie nawet niepamietam!I tak to wlasnie (niestety) za kazdym razem nalezy wysluchac tego co ktos muwi i pojsc gdzies indziej pytajac o to samo!!! Moglabym tu mnozyc takie przyklady! Ale nie czas teraz na to!
Tymczasem spedzam w Ushuai juz drogi dzien! Jest zimno! Mam na sobie wszystkie cieple ubrania a i tak jest zimno! Wszystkie 4 pary skarpet, 2 pary rajstop , 2 pary czegos w rodzaju spodni, 2 sfetry i kurtke ... a noi jeszcze sandaly na nogach! Dalej zimno!
Przytulne kawiarnie z goraca czekolada to miejsca ktore czesto odwiedzam!
Coraz bardziej lubie podrozowac poza sezonem, no moze oprucz tego ze godzine zajmuje mi znalezienie hostelu, to jest to naprawde przyjemnie!
Na lodzi 4 osoby, w hostelu pokoj tylko dla siebie i zadnej kolejki do internetu, bezplatny wstep do parkow narodowych, bo nie ma nikogo ktoby chcial sprzedac ci bilet!! jednym slowem pustki!!!
Taki tez byl Park Narodowy Tierra del Fuego( Ognista ziemnia) pusty!!!
Zypelnie nikogo, przez caly dzien nie napotkalam ani jednej osoby! A to dosc niespotykane w miejscach takich jak to. Jest naprawde przepieknie mijam zielone jezioro, czarne jezioro, cmetarze drzew, widok na kanal Beagle!!
Koniec swiata... dziwne uczucie... dalej na poludnie jest juz tylko Przylondek Horn i Antarktyda! Ta pustka dziala na mnie sentymentalnie! Odplywam wiec w swoich myslach siedzac nad zatoka z widokiem na gory!
wtorek, 18 maja 2010
sobota, 15 maja 2010
Perito Moreno



I oto jestem prosto ze slonecznego Bariloche po 32h jazdy w zimnym i deszczowym El Calafate!!!
Po kilkunastu metrach moje skarpetki sa przemoczone-to sytuacje w ktorych nie ciesze sie ze mam sandaly! Co takiego znajduje sie w tym malym ciezko nie nazwac go turystycznym miasteczku gdzie wszystko istnieje tylko i wyloncznie przez i dla turystow?
Otoz odpowiedz znajduje sie 80km na zachod w Narodowym Parku Lodowcow, 30km dlugosci , 5km szerokosci i 60m wysokosci... lodowiec Perito Moreno!!!
To jedyny powod mojej wizyty w tym miejscu i przyznac musze ze naprawde jest tego warty!
O godz 8 rano jeden maly busik zbiera ludzi z 5 roznych kompani, poza sezonem niema wielkiego sensu aby jechalo tam wiecej autobusow i po godzinie jazdy przez urokliwe krajobrazowo tereny docieramy do bram Parku! Wzielam dodatkowo rejs statkiem po jeziorze ktory podplywa prawie pod sam lodowiec! Widoki nie do opisania ... jest naprawde przepiekny i... zywy: co chwila slychac tapniecia i trzaski pekajacego lodu a po chwili olbrzymie lodowe bloki wpadaja do wody tworzac na mleczno turkusowej tafli jeziora znaczne fale!
Myslalam ze 4 godz to dosc duzo na zobaczenie lodowca ale szczerze muwiac pod koniec zostalabym jeszce dluzej! Wystarczy usiasc na jednym z tarasow na przeciwko i poprostu obserwowac ... nic wiecej!
piątek, 14 maja 2010
Patagonia



Patagonia....
nic-nic-nic pustka w kolo, stepy, gory, 32godzin jazdy... patagonia!
Opuszczajac o swicie, czytaj o 9 rano, skapane w porannym sloncu Bariloche poczulam dziwne ogarniajace mnie uczucie sentymentu, patrzac na zloto-czerwone odbice gor w jeziorze Nahuel Huapi... jeszcze nie wyjechalam a juz tesknie... ciekawe za czym/kim...
Na nic zdalo sie moje podekscytowanie faktem iz uda mi sie przejechac prawie cala liczaca 5000 km slynna droge Ruta 40 biegnaca przez cala zachodnia Argentyne, rownolegle do pasma Andow, bedaca odzwierciedleniem slynnej amerykanskiej Road 66, gdyz z powodu nadchodzacej zimy zostala ona poprostu zamknieta. Autobus obiera wiec trase na wschod ku wybrzezu zachaczajac przy okazji o kilka miast na polnocy, jednym slowem to tak jakby chcac pokonac trase Warszawa-Krakow przejezdzac przez przez Gdansk, Augostow i... Sanok! I to jest wlasnie najkrotsza i najszybsza trasa, cuz , nie mam wielkiego wyboru jak zrobic dobre zakupy zywieniowe na nastepne 32h, zabrac cos do czytania/sluchania i uzbroic sie w ceche ktorej napewno mi brakuje... CIERPLIWOSC!!!
Po ok 25godz pogoda za oknem drastycznie sie zmienia, nie mija pol godz a autobus zwalnia do ok 40km/h droga nie odsniezona ale przynajmniej przejezdna, pocieszam sie ze wciaz jedziemy!
Cieszy mnie rowniez fakt posiadania sandalow, gdyz moje stopy normalnie nie grzeszace malym rozmarem, spuchly juz tak ze cierzko byloby mi ubrac jakiekolwiek inne buty wychodzac do toalety.
Skonczylam czytac ksiazke "Diary of Manchatan Calling girl", przerobilam 3 lekcje Hiszpanskiego na moim i-podzie, ogladlam 3 straszne filmy, bo tylko takie puszczaja w dlugodystansowych autobusach, zjadlam kilo sliwek, 4 banany, 2pomarancze ,kisc winogron i jakis zestaw obiadowy bedacy w cenie biletu, swiadczacy o tym ze linie ktorymi jade sa na poziomie(powiedzmy).... ktorys raz z rzedu przesluchuje plyte Officium Garbarka tak pasujaca w tym momencie do krajobrazu za oknem... i nic dalej jedziemy. Mleczny kolor nieba, mgla i snieg sprawiaja ze widok za oknem plynnie ztapia sie w jedna calosc! Cos w tym jest musze przyznac, bezkresne bezludne stepy patagoni sprawiaja iz popadam w coraz bardziej sentymanetalny nastroj a Garbarek wtym przypadku wcale nie pomaga!
Zmieniklam wykonawce... automatyczna wyszukiwarka znalazla Turnaua i "Znow wedrujemy" K.K. Baczynskigo hehe ten utwor tak bardzo kojarzacy mi sie ze sloneczna Indonezja... a tu Patagonia...
" ...pejzaz w powieki lekko wsiaka..."
środa, 12 maja 2010
Bariloche
Czas pozegnac sie z Bariloche ....
Przepieknie usytuowana miejscowoscia na skraju jeziora Nahuel Huapi w Argentynskiej krainie jezior!!! Stolica czekolady ktora swoim urokiem zciaga ludzi z calego kraju i jak widac rowniez z zagranicy. Trzy dni to moze nie dlugo ale wystarczylo na dosc doglebne zwiedzenie miasteczka i jego okolic na piechote i na rowerze! Z tym drogim mialam chwilami drobne problemy bo choc nie jest to sport wymagajacy jakis wiekszych umiejetnosci tak z prawdziwymi gorskimi zjazdami ktorych tu nie brakowalo, dotychczas nie mialam wiele wspolnego, no moze jedynie w Ekwadorze zjerzdzajac z wulkanu Cotopaxi z wysokosci 4800 heh trzymajac prawie caly czas rece na hamulcach. Ale co jak co warto bylo bo otaczajace Bariloche lasy i jeziora zwlaszcza teraz na jesien daja przepiekne polonczenie! A wieczorem goraca czekolada z cynamonem myyy wkoncu tzrba nadrobic stracone kalorie!!
Jutro rano czeka mnie 32h jazda autobusem przez stepy Patagoni!
wtorek, 11 maja 2010



Moj pierwszy raz...
Zrobilam to, przekonalam sama siebie, pokonalam strach i ... skoczylam!!!
Oh jestem taka z siebie dumna, ale jesli mam byc szczera to ten jeden raz w zupelnosci mi wystarczy i wcale nie mam bynajmniej na razie ochoty probowac po raz 2gi! Wrocilam z Santiago do Mendozy tak naprawde tylko na dzien no moze 2 jesni wieczorne wyjscie... wypali tylko po to!
Przemiezylam wiec miasto w szerz i wzdluz w poszukiwaniu najlepszej agencji .. no coz nieprzyszlo mi to zbyt latwo bo cierzko okraslic ktora z nich jest dobra jesli tak naprawde nie wie sie nic o paralotnictwie! Z pomoca przyszla mi jedna polka(!) pracujaca w informacji turystycznej i w sumie dzieki niej zdecydowalam sie.
Godzina zero przypadla na 2 po poludniu, pod hostel ... podjechal zielony jeep z wczesniej juz zapakowanym na pace sprzentem! Po godzinie pieknej krajobrazowo drogi dotarlismy na szczyt Cerro Arco rozpoczynajace pasmo koldyliery od strony Mendozy, kilku minutowy instruktarz, przygotowanie sprzetu, trzesace sie nogi(!) kilku metrowy rozbieg i... nie czuje juz gruntu pod nogami tylko ja i przestrzeni... noi moze jeszcze istruktor zaraz za mna!
poniedziałek, 10 maja 2010
Santiago!
Nic szczegulnego - naprawde taka europa poprostu, duzo krawaciarzy, Mcdonaldsow i drogich sklepow! Drogich nie drogich duzo ludzi z Argentyny przyjerzdza tu na zakupy elektroniczne o wszystko jest prawie o polowe tansze niz w pozdostalych krajach ameryki poludniowej a to z powodu specjalnych umow miedzy Chile a USA, Chinami czy Japonia!
Jedyna co zwrocilo moja uwage to tzw kawiarnie na nogach charaktewryzujace sie
skromnym aczkolwiek gustownym wystrojem mianowicie sa tam tylko wysokie stoly przy ktorych stoja eleganccy panowie w swoich lepiej lub gorzej skrojonych garniturach popijajacy spiesznie swoja po lunchowa kawe podana im przez smukle chodzace na stanowczo za wysokich jak na ta prace szpilkach panie!
Druga rzecza dosc a w zasadzie wogule niespotykana jak na Ameryke Poludniowa to... Polska bialo-czerwona exkluzywna restauracja z wielkim i polskim godlem na scianie! Serwujaca uwaga ... sushi!!! heheh i to podobno jedno z lepszych w miescie!
To wszystko co moge powiedziec - napisac o Santiago jeden dzien w zupelnosci mi wystarczyl i wieczorem udalam sie do slusznie przez wszystkich zachwaanaego portowego miesteczka Valparaiso! Od razu zakochalam sie w labiryncie waskich uliczek , szeregach schodkow siegajacych prawie do nieba i kolorowych graffiti znajdujacych sie doslownie wszedzie!!!
Do tego jeszce malutkie kawiarenki uroczo uzadzane schowane w roznych zaulkach Cerro Bellavista i Cerro Concepcion. To dwa glowne wzgorza gorujace nad portem!!
Kolejny nocny autobus by oszczedzic czas i pieniadze na hostelu, 22:20 wyjazd Mendoza-Santiago Chile.
Przebudzilam sie w nocy i widze znaki - do zobaczenia ponownie w Argentynie
co? jakto? kiedy? Przecierz ja musze miec pieczatke wyjazdu z argentyny !!!
Roznie to bywa z tymi granicami, czesto jadac w autobusie razem z miejscowymi trzeba sie dopominac zeby kierowca zatrzymal sie na granicy. Tak jak to bylo na granicy Brazylia-Argentyna kiedy to kierowca wprawdzie4 zatrzyal sie i wypuscil wraz z plecakami mnie i jeszce jedna pare z Angli abysmy mogli pozalatwiac formalosci paszportowe niestety on sam wraz z pozostalymi miejscowymi poprostu odjechal! Lub na granicy Peru-Boliwia kiedy to niby bezposredni autobus Cuzco-La Paz okazal sie autobusem Cuzco-granica. Przeszlam czesc peruwianskiej odprawy ... przechodze most-granice bez zadnego problemu , nikt o nic niepyta nikt nic odemnie niechce. Jestem juz po 2giej stronie i.. nadal nic zwykle miasteczko przy granicy pelne straganow sklepow i podejrzanie wygladajacych ludzi ale... nigdzie nie widze celnikow ani jakiejs odprawy czy czegos podobnego jest w prawdzie szlaban ktory jak ktos chce przejechac to poprostu wychodzi z samochodu podnosi i... prezjerzdza. Po oddaleniu sie jakies 100-150m od mostu moglabym poprostu isc dalej szukac autobusu. Niestety z doswiadczenia wiem ze jak owszem przejsc grznice jest latwo bez zadnego stepla niestety jak pozniej sie ktos do tego doczepi ze niemasz jakiegos stepla lub papierka ktory wcale niewygladal na wazny a byl...wtedy zadne tlumaczenia niewystarcza! Wrocilam wiec
i szukam usilnie czegos przypominajacego biuro migracyjne. I... wreszcie znalazlam bez oznakowania bez niczego co mowiloby iz wlasnie tu powinnam wejsc chcac zalatwic swoje papiery migracyjne!
Tym razem wiec jak tylko dotarlismy do granicy z Chile a kierowca oswiadczyl wszystkim -granica- i wyszedl gdzies wzielam swooje zeczy i poszla szybko zalatwic pieczatki gdyz wcale nieusmiechalo mi sie zostac tu w srodku nocy i szukac jakiegos innego autobusu gdyby ten mi odjechal! Okazalo sie ze granica jest zbiorcza w jednym okienku pan z Argentyny a w drogim pani z Chile! Popodbijalam wszystko tak jak trzeba i chce wracac do autobusu a tu widze ze caly autobus ( nie doslownie oczywiscie) dopiero idzie wraz z kierowca na czele ktory dowiedziawszy sie iz ja juz wszystko mam wpadl w czysta i nieukrywana zlosc -ze jakim prawem- i ze kto mi pozwolil- i ze caly autobus ma isc razem!
Okazalo sie ze formalnosci migracyjne z Chile sa zalatwiane bardzo rygorystycznie i ze podrozujac autobusem tzreba to robic grupowo itp!
Dowiedzialam sie rowniez iz obowiazuje bardzo rygorystyczny wwoz jakich kolwiek owocow czy warzyw do chile i ze caly bagaz jest sprawdzany!
Mialam w torebce jednego duzehpo grajfruta i wcale nieusmiechalo mi sie go wyrzucacv stanelam wiec w miejscu z olbrzymim napisem - to twoja ostatnia szansa- tu mozesz wyrzucic i lista zeczy ktore nie mozna wwozic do chile! Obralam wiec swojego grejfruta i ku wiekszej zlosci kierowcy zaczelam go stentacyjnie jesc!
Dworzec Santiago! Drogie toalety, zimno, brak poczekalni i niewygodne do spania lawki! Czwarta nad ranem to niezbyt dobra pora na zwiedzanie miasta postanowilam sie wiec przespac na jednej z lawek kilka godzin az zrobi sie jasno!
Przebudzilam sie w nocy i widze znaki - do zobaczenia ponownie w Argentynie
co? jakto? kiedy? Przecierz ja musze miec pieczatke wyjazdu z argentyny !!!
Roznie to bywa z tymi granicami, czesto jadac w autobusie razem z miejscowymi trzeba sie dopominac zeby kierowca zatrzymal sie na granicy. Tak jak to bylo na granicy Brazylia-Argentyna kiedy to kierowca wprawdzie4 zatrzyal sie i wypuscil wraz z plecakami mnie i jeszce jedna pare z Angli abysmy mogli pozalatwiac formalosci paszportowe niestety on sam wraz z pozostalymi miejscowymi poprostu odjechal! Lub na granicy Peru-Boliwia kiedy to niby bezposredni autobus Cuzco-La Paz okazal sie autobusem Cuzco-granica. Przeszlam czesc peruwianskiej odprawy ... przechodze most-granice bez zadnego problemu , nikt o nic niepyta nikt nic odemnie niechce. Jestem juz po 2giej stronie i.. nadal nic zwykle miasteczko przy granicy pelne straganow sklepow i podejrzanie wygladajacych ludzi ale... nigdzie nie widze celnikow ani jakiejs odprawy czy czegos podobnego jest w prawdzie szlaban ktory jak ktos chce przejechac to poprostu wychodzi z samochodu podnosi i... prezjerzdza. Po oddaleniu sie jakies 100-150m od mostu moglabym poprostu isc dalej szukac autobusu. Niestety z doswiadczenia wiem ze jak owszem przejsc grznice jest latwo bez zadnego stepla niestety jak pozniej sie ktos do tego doczepi ze niemasz jakiegos stepla lub papierka ktory wcale niewygladal na wazny a byl...wtedy zadne tlumaczenia niewystarcza! Wrocilam wiec
i szukam usilnie czegos przypominajacego biuro migracyjne. I... wreszcie znalazlam bez oznakowania bez niczego co mowiloby iz wlasnie tu powinnam wejsc chcac zalatwic swoje papiery migracyjne!
Tym razem wiec jak tylko dotarlismy do granicy z Chile a kierowca oswiadczyl wszystkim -granica- i wyszedl gdzies wzielam swooje zeczy i poszla szybko zalatwic pieczatki gdyz wcale nieusmiechalo mi sie zostac tu w srodku nocy i szukac jakiegos innego autobusu gdyby ten mi odjechal! Okazalo sie ze granica jest zbiorcza w jednym okienku pan z Argentyny a w drogim pani z Chile! Popodbijalam wszystko tak jak trzeba i chce wracac do autobusu a tu widze ze caly autobus ( nie doslownie oczywiscie) dopiero idzie wraz z kierowca na czele ktory dowiedziawszy sie iz ja juz wszystko mam wpadl w czysta i nieukrywana zlosc -ze jakim prawem- i ze kto mi pozwolil- i ze caly autobus ma isc razem!
Okazalo sie ze formalnosci migracyjne z Chile sa zalatwiane bardzo rygorystycznie i ze podrozujac autobusem tzreba to robic grupowo itp!
Dowiedzialam sie rowniez iz obowiazuje bardzo rygorystyczny wwoz jakich kolwiek owocow czy warzyw do chile i ze caly bagaz jest sprawdzany!
Mialam w torebce jednego duzehpo grajfruta i wcale nieusmiechalo mi sie go wyrzucacv stanelam wiec w miejscu z olbrzymim napisem - to twoja ostatnia szansa- tu mozesz wyrzucic i lista zeczy ktore nie mozna wwozic do chile! Obralam wiec swojego grejfruta i ku wiekszej zlosci kierowcy zaczelam go stentacyjnie jesc!
Dworzec Santiago! Drogie toalety, zimno, brak poczekalni i niewygodne do spania lawki! Czwarta nad ranem to niezbyt dobra pora na zwiedzanie miasta postanowilam sie wiec przespac na jednej z lawek kilka godzin az zrobi sie jasno!
środa, 5 maja 2010

Narszcie poniedzialek hehheheh nie przypuszczalam ze kiedykolwiek sie z tego bede cieszyc a tu jednak! W tym miescie jednak mieszkaja ludzie, jezdza samochody a sklepy sa otwarte :D
Wybralam sie na wycieczke w strone granicy z Chile poszlam na latwizne i wzielam toura z biura podrozy bo cierzko jest sie tam dostac innym sposobem ... no chyba ze ma sie wlasny samochod. Juz na poczatku wszlam w ostra nazwijmy to delikatnie wymaine zdan z 2ma holenderkami na ktore musielismy czekac przed ich hostelem ponad pol godz bo jeszcze spaly kiedy po nie podjechalismy. Na ich nieszczescie kuchnia w ktorej mialy sniadanie ma duze okna wychdzace na ulice doslownie centralnie na bus w ktorym czekalo 6 osob! No to byla juz drobna przesada jak zobaczylismy ze po tych 30min czekania az sie zbiora one jeszce bezczelnie beda spokojnie jesc sniadanie... nie wytrzymalam i poszlam powiedziec co ja i inni mysla!!! Tak wiec atmosfera od poczatku nie byla taka jak powinna! Doszedl do tego jeszcze przewodnik ktory ledwie mowil po angielsku i chyba lepiej by bylo jakby mowil po hiszpansku bo czesto ciezko bylo zrozumiec to co mowil! Wyjechalismy poza miasto przejezdzajac przez purpurowo-zlote winnice, kierujac sie prosto w strone koldyliery glownej-niesamowity widok!!! Dotarlismy wreszcie do punktu najbardziej mnie interesujacego Puente del Inca- naturalnego luku nad rzeka Vacas tzw: Mostu Inkow. I tu niestety dowiedzialam sie ze czesc mnie interesujaca jest: cerrado heh zamknietaz powodu bezpieczenstwa i ochrony skalnego nawisu! Musialam sie zadowolic czescia dostepna dla turystow :(
Kolejny postoj to brama wjazdowa do parku narodowego Aconcagua- Kamiennego Straznika najwyzszej gory Ameryki Polodniowej 6962 m.n.p.m wchodzacj w sklad Korony Zimi! Trzy godzinny treking w srone owej gorki i powrot do miasta!
Wtorek: rozterka wewnetrzna... co robic jechac do Chile Santiago, czy juz na polnoc bo zcas nieublagalnie leci! Pojawila sie jeszce jedna opcja wczoraj w busie poznalam jednego australijczyka ktory zawodowo zajmuje sie paralotnictwem i mocno rekomendowal mi sprobowanie tego sportu wlasnie tu w Andach... o 15 jechal razem z jakimis jeszcze ludzmi... ach strasznie chcialabym sprobowac ale... no musze sie do tego przyznac ja poprostu sie BOJE i to bardzo skakania z wysokosci!!! I w cale niemuwie tu o jakis wielkich rzeczach, zwykly skok do wody z wysokosci wiekszej niz metr przyprawia mnie o lekkie drganie nog! Przy skoku do wody z ok 3m w Meksyku podczas norkowania w cenotkach- zalanych jaskiniach, chwile wystalam sie na krawedzi probujac jakos to odwlec, w Laosie skaczac do wody z rozbujanej liny prawie sie zabilam puszcajac sie zbyt wczesnie... ech paralotnia i to jeszce w takim krajbrazie.... ale tego czego boje sie najbardziej to ze jak juz bede biec ... ze zatrzymam sie tuz nad krawedzia i poprostu spadne w dol a nie polece!
Z calego tego strachu wybralam opcje relaks!!! Gorace zrodla w Caczeuta tarasowo usytuowane na brzegu rzeki wszystkie baseny wykonane z naturalnego kruszca idealnie wkomponowywaly sie w skaliste zbocze porosniete kaktusami! Wygrzalam sie, wymoczylam, odpoczelam i spalilam na dekolcie i twarzy :D
poniedziałek, 3 maja 2010

Cerrado cerrado cerrado!!!! Nowe poznane slowko zapamietane chyba na zawsze, to juz 2gi dzien gdzie wszystko jest cerrado czyli zamkniete...
No co mozna robic w miescie kiedy wszystko jest zamkniete... ile kaw w przytulnych kawiarnianych ogrodkach na mniejszych i wiekszych zielonych plazach Mendozy mozna wypic??? Po trzech rozbolala mnie glowa choc przyznac musze ze pierwszy raz od kad przyjechalam na ten kontynent kawa jest ... dobra!!! Wydaje sie to dosc dziwne kiedy produkujacy 2,18mln ton kawy rocznie, bedacy dzieki temu najwiekszym producentem kawy na swiat kraj-Brazylia jest tuz za rogiem!!! Niestety szklanka goracego mleka i saszetka rozpuszczalnej gatunkowo 3 lub nawet 4klasy kawy to dosc czesty preceder podczas zamawiania kawy z mlekiem, nawet w tych lepiej wygladajacych restauracjo-kawiarniach! A tu dzieki tysiacom wloskich, francuskich i hiszpanskich emigrantow kultura picia kawy jest na znacznie wyzszym poziomie, choc w sumie wystarczy chyba powiedziec ze poprostu... jest!!! Tak wiec z dostaniem espresso, capuccino, late czy zwyklej czarnej kawy nie ma zadnego problemu!
Dowiedzialam sie, w jedynym otwartym biurze turystycznym rozpaczliwie pytajac "co tu mozna robic gdy wszystko jest zamkniete" iz w jednym hostelu mozna wypozyczyc rower! Przejazdzka w sloneczne popoludnie po okolicznych winnicach- pomyslalam i udalam sie do owego Hostelu!!! Jedyne 3km od glownej plazy, gdy dotarlam na miejsce uroczy argentynczyk oswiadczyl mi ze niestety wszystkie ich rowery sa w naprawie... ale maja drugi hostel zaraz przy glownej plazie( wlasnie z tamtad przyszlam!!!) i nie zebym nie lubila chodzic... poprostu spacery tam i spowrotem po miescie to nie jest to! Male problemy z wypozyczeniem roweru w owym 2gim hostelu spowdu mojej obawy przed zostawieniem paszportu w zastaw, spowodowaly iz moj wyjazd z miasta odrobine sie przeciagnol!!! Pokonawszy ulice mendozy dosc przytulne biorac pod uwage ilosc dajacych obszerny cien drzew, zamotania na wylotowkach i kilku kilometrow autostrady dotarlam wreszcie do miasteczka Maipu i otaczajacych je hektarow winnic!!!
To wlasnie Mendoza jest jedna z 9 winnych stolic swiata i glownym producentem wina Melbec! Prawdziwiw srodziemnomorski klimat: gorace lato i cieple zimy, kamieniste podloze i 300 slonecznych dni w roku sprawia ze obszar ten to prawdziwy raj dla szczepow winnych! Ilosc wystepujacych winnic w regionie liczyc chyba trzeba w tysiacach tak jak i ilosc spozywanego tu wina! Krajobraz Maipu poprostu zachwyca zwlaszcza teraz na jesien kiedy wszystko przybralo juz sloto-pomaranczowo-purpurowe kolory! Niezliczona jest tu tez ilosc Topol zwlaszcza odmiany Italica sadzonej masowo jako wiatrochron i przepieknie zolto przebarwiajacej sie. Zawsze przypomina mi sie jak ja widze droga Krakow-Tarnow i maly odcinek gdzies za Wieliczka gdzie pozostaly nie wyciete jeszcze Topole biale tak pieknie wygladajace na jesien!
sobota, 1 maja 2010
Swoja podroz rozpoczelam 29.01.2010 przemiesrzajac kolejno Meksyk-Ekwador-Peru-Boliwie-Paragwaj i obecnie Argentyne!!! Wiele sie dzialo przez ten czas ale niestety nie pora teraz na wspominanie wszystkich tych miejsc i wydarzen! Jestem obecnie w miescie Mendoza w Argentynie, jest 1.maja (dzien pracy) i wszystko ale to wszystko jest wyzamykane! Ciezko bylo mi rano znalesc jakiekolwiek miejsce w ktorym moglabym zjesc sniadanie( czytaj wypic herbate i zjesc crossanta) bo ciezko jest znalesc tu cokolwiek normalnego: jajka czy salatka... mozna zapomniec!!! Wreszcie znalazlam przytulne miejsc z ogrodkiem...no moze niedokoca przytulne ... ale w koncu daja cos do jedzenia i nawet doprosilam sie o jajecznice!!!! Ehh zapalilabym ... ale dostac tu mentolowe light-y ...? nie ma mowy!!! wszedzie super mocne, moce i normalne heh czyli tez mocne! W ostatniej z zabranego ze soba kartonu mentolowych Voug-ow paczce pozostalo mi jedynie 5 i musze je oszczedzac! W kocu to jakis 1 papieros na tydz... i to w wyjatkowych sytuacjach... choc w sumie i ta sytuacja moze byc wyjatkowa... no bo kto mi zabroni!!! Tylko pech... zostaly w hostelu-nie bedzie palenia!!!!
piątek, 30 kwietnia 2010
Pierwszy wpis
Nigdy nie jest "za puzno" na NIC .... zawsze wyznawalam ta zasade ale niestety nigdy sie do niej nie stosowalam... i wlasnie teraz postanowilam to zmienic... tak wiec rozpoczynam swojego Bloga z cztero miesiecznej podrozy po ameryce Polodniowej .. tak naprawde bedac na finiszu. Pozostal mijeszce tylko jeden miesiac w Argentynie. Tak wiec i oto Gosia w Argentynie!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
